Dawno temu, kiedy przez Kamienną Górę prowadziła droga z Makowa na południe, na Węgry i którą uciekał za granicę jeden z naszych królów, tuż przy tej drodze stała karczma. Była często odwiedzana przez strudzonych i zmęczonych podróżą wędrowców. Pewnego dnia przejeżdżał tamtędy ksiądz z wiatykiem – Komunią św. udzielaną choremu na łożu śmierci. Zwyczaj nakazywał wtedy, aby uklęknąć. W karczmie było wówczas gwarno, goście hulali, śpiewali, tańczyli i nikt z nich, oprócz karczmarza, nie zauważył przejeżdżającego księdza. Tylko właściciel gospody wyszedł, uklęknął na jej progu i jedyny ocalał. Pozostali razem z budynkiem zapadli się pod ziemię, a w miejscu tym wypłynęła woda. Pozostał tylko próg, a na nim pochylony karczmarz. Legenda głosi, że jeszcze dziś nad brzegiem jeziora, wśród szumu drzew i śpiewu ptaków, można usłyszeć gwar i muzykę bawiących się gości.

Nie jednego śmiałka kusiły zatopione skarby. Odbywały się liczne wyprawy w poszukiwaniu cennych przedmiotów. Podobno, jak uderzano długimi gałęziami w tafle jeziora, to odczuwano opór, jakby gałęzie dotykały dachu karczmy. Nieraz topiły się tam zwierzęta, które rzadko można było uratować, gdyż woda z jeziora wciągała w swą otchłań.